10. #odpowiedzialnizamłodych

W imię odpowiedzialności. O czym mówimy dzieciom, młodzieży, jakie treści im przekazujemy podczas spotkań z nimi? Bardzo intensywnie dyskutowanym tematem swojego czasu było wychowanie seksualne dzieci, jego zasadność i konieczność od lat przedszkolnych. Podniesione zostały wówczas – słusznie – argumenty o niepotrzebnej seksualizacji, a zatem o niekoniecznym mówieniu dzieciom o rzeczach odległym dla nich, o bezzasadnym rozbudzaniu zainteresowania konkretnymi sferami życia. Zwracano uwagę rodziców i pedagogów, by mówili i tłumaczyli, jeśli dzieci pytają. Nigdy pytania małego człowieka nie można zostawić bez odpowiedzi. Równocześnie podkreślano umiejętność odpowiadania na konkretne pytanie, bez niepotrzebnego rozwijania tematu, by nie zmącić małych umysłów.

Chciałabym te rozważania i dyskusje odnieść do nieco innego tematu. Rekolekcje, świadectwa, autorytety, nawrócenia. Czy uprawnione jest mówienie do dzieci i młodzieży świadectw, których lwią część stanowi opowieść o staczaniu się, upadku i kontaktach z używkami, przestępstwami i grzechem?
Ilekroć słucham świadectw o nawróceniach z dna, z grzechu, o wyjściu z grup przestępczych i używek zastanawiam się czy ten przekaz, aby na pewno, trafia do właściwych ludzi. Jego założeniem jest zasada – nawet z największego bagna można się wygrzebać – oczywiście, że tak! ale dla osoby, która to bagno widziała dopiero tylko na fotografiach, może to brzmieć trochę jak zaproszenie: nie bój się, nawet jak pójdziesz na całość, to zawsze możesz wrócić. Tylko czy nam w chrześcijaństwie o to chodzi? Czy raczej powinniśmy wzmacniać postawę: nie daj się złu?

Zakładając, że podczas takich rekolekcji – szkolnych czy parafialnych – młodzież, która na spotkanie dotarła, nie jest z marginesu społecznego, nie ma wyroków za rozboje, a ich stałym miejscem pobytu jest dom rodzinny, a nie poprawczak, powinniśmy powiedzieć im raczej: jesteście na dobrej drodze, nie zmarnujcie tego!

Powrót do normalności po upadku jest wciąż – z perspektywy człowieka, który nie jest zdeprawowany, a w swoim życiu nie doświadczył spektakularnego upadku – tylko powrotem do normalności. Bohaterem ta osoba może być dla tych, którzy wciąż z dna nie mogą się podnieść, którzy nie potrafią się pozbierać. Dla innych – przeciętnych – młodych może stać się wzorem niesławnego już: „róbta co chceta!”

Chciałabym, żeby każdy mówca głoszący świadectwa znalazł odpowiednią grupę, do której będzie kierował swoje słowa. Jest – niestety – mnóstwo młodych i dojrzałych ludzi, którzy w swoim życiu wciąż znajdują się w sytuacji, z której nie potrafią znaleźć wyjścia. Przytłacza ich życie z używkami, uzależnieniami, przestępstwami. Oni potrzebują słowa wsparcia: „Dasz radę. Mnie się udało.” Ale to uda się tylko po odpowiedniej selekcji grup, trafieniu do konkretnych miejsc. Masowy przekaz musi skupiać się – według mnie – na przekazywaniu pozytywnej wizji chrześcijaństwa, mówieniu o możliwości bycia normalnych chrześcijaninem – może bez spektakularnych wzlotów, ale także bez druzgoczących upadków. Akurat w tej materii „bycie przeciętnym” nie jest wcale najgorszą opcją.

Nie chcę, by ktoś po tym poście zamknął tego bloga z myślą, że pani od religii jest przeciwna nawróconym głoszącym świadectwa. Nic bardziej mylnego! Apeluję jednak jako pedagog i wychowawca – w imię odpowiedzialności za słowo – myślmy co i komu mówimy, czy to w tym miejscu i czasie przyniesie korzyść (Por. 1Kor 6, 1).

Reklamy

9. #wiosnatolerancji

Marzec niezmiennie kojarzy się nam z wiosną. 21 marca bowiem jest pierwszym dniem kalendarzowej wiosny, dzień znacznie się wydłuża i pogoda – choć jeszcze kapryśna – wpływa na nasze lepsze samopoczucie. Jednak 21 dzień marca to także Międzynarodowy Dzień Walki z Dyskryminacją Rasową, a także Międzynarodowy Dzień Zespołu Downa. Dlaczego wspominam właśnie o tym? Ponieważ uważam ten dzień za dobry pretekst, by pomyśleć jak ważne jest uczenie naszych dzieci tolerancji i przyjaznego spojrzenia na drugiego człowieka – zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
Tolerować oznacza cierpliwie znosić czyjąś odmienność. Dzieci mają z tą wyrozumiałością niekiedy problem. Zwłaszcza na początku, gdy jeszcze nikt ich tolerancji nie nauczył, nie pokazał jakie zachowanie sprzyja wzajemnemu szacunkowi. Wspominałam już o tym w grudniowym numerze („Słowa to nie wszystko”, s.20), że dzieci uczą się w pierwszej kolejności przez naśladowanie. Dzieci czasami na widok osoby chorej, która odróżnia się od nich fizycznie, reagują zaskoczeniem, lękiem, a także śmiechem. Nie zawsze oznacza to brak wychowania i realne wyśmiewanie się. Bardzo często to rodzaj reakcji obronnej w zetknięciu z czymś co nieznane, obce i inne ode mnie samego. Z tego zaskoczenia i poczucia obcości można jednak wykrzesać całe pokłady tolerancji i miłości bliźniego.
Jak w takich sytuacjach pomóc dziecku zbudować tolerancję wobec odmienności? Po pierwsze mówić, opowiadać i tłumaczyć. Tak, by to, co odległe stało się dziecku bliskie i zrozumiałe, by wiedziało dlaczego spotkana osoba wygląda inaczej i inaczej się być może zachowuje. Wiedza daje dziecku w takiej sytuacji poczucie bezpieczeństwa. Po drugie ważne jest, by wykorzystywać każdą, nawet najmniejszą okazję do wzmacniania w dziecku zachowań tolerancyjnych. Przecież wszyscy się różnimy – mamy inne kolory oczu, włosów, inny ton głosu, inaczej gestykulujemy, piszemy odmiennym charakterem pisma, a wreszcie lubimy inny smak lodów. Warto zwrócić dziecku uwagę, że na co dzień toleruje szereg pięknych odmienności – także w rodzinie – i jest to jego powód do dumy. Po trzecie zaś powinniśmy uderzyć się solidnie w pierś i zapytać czy sami – czasami mniej lub bardziej świadomie przez żarty i kąśliwe uwagi – nie pielęgnujemy pozbawionych tolerancji stereotypów.
Piękne możliwości do kształtowania tolerancji daje – wspominane w lutowym numerze – wychowanie chrześcijańskie. Personalizm to źródło naturalnej i niewymuszonej tolerancji. Jeśli nasze dziecko będzie wiedziało, że każdy człowiek jest piękny i wyjątkowy, jest dziełem Boga i owocem miłości, wówczas będzie znało własną wartość, będzie czuło się docenione i wartościowe, ale też łatwiej będzie mu zrozumieć dlaczego każdemu człowiekowi – bez względu na wygląd, stan zdrowia czy przekonania – należy się szacunek i tolerancja.

8. #dobrapamięć

Jako pani od religii bywam też czasami panią od sztandaru. Mam bowiem zaszczyt opiekować się szkolnym sztandarem i uczestniczyć dzięki temu w licznych obchodach uroczystości państwowych i miejskich, przypominających najważniejsze wydarzenia z historii Polski.

Tak często słyszymy zdanie: „Piękną i zaszczytną rzeczą jest umrzeć za ojczyznę”. Jednakże trudniej jest niekiedy żyć dla ojczyzny. Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata. /kard. S. Wyszyński/

Uczestnicząc we wspomnianych obchodach świąt narodowych zauważam od lat pewną prawidłowość, jedna rzecz jest niezmienna i łączy te wszystkie dni. Bez względu na oprawę, pogodę i rangę wydarzenia, bez względu na wykonywaną profesję, osoby, które im przewodzą, przypominają i powtarzają wyhaftowaną na sztandarach i wyrytą na nagrobkach dewizę Wojska Polskiego: „Bóg, Honor, Ojczyzna” (co tłumaczy się: Ojczyźnie wszystko, prócz miłości Boga najwyższego i Honoru). Te trzy słowa stanowią esencję patriotyzmu w wydaniu polskim, ale też ogólnoświatowym, a więc uniwersalnym.

Bóg – nie bez powodu zajmuje tu pierwsze miejsce. Wiara jest najobfitszym źródłem wartości regulujących życie społeczne i polityczne. To wiara i religijność wzmacniają rolę prawa naturalnego, które dotyczy każdego człowieka na świecie. Bóg i Jego przykazania są drogowskazami, które prowadzą ścieżką wąską i nie zawsze łatwą, ale bezpieczną i zapewniającą najpiękniejsze przeżycia i widoki na trasie życia.

Honor – świadomość własnej godności i pochodzenia mimowolnie porusza nas do obrony wartości i do reagowania, gdy ktoś je bezkarnie neguje czy wyśmiewa. Honor jest dobrem, do którego dąży cnota, jedna z najbardziej dziś zapomnianych – wielkoduszność. A przecież kodeks honorowy, o ile ściśle byłby przestrzegany, mógłby pięknie uzupełniać prawo naturalne.

Ojczyzna – ta duża i mała, kraj i region to miejsca, z których wyrósł każdy z nas i skąd czerpiemy tożsamość i siłę. Ojczyzna to ten kraj, który kochać można żyjąc w nim i będąc oddalonym tysiące kilometrów. Do niej tęsknili wygnani i za nią umierali, ci którzy w jej obronie walczyli. Ojczyźnie należy się wszelka miłość, oddanie i poświęcenie, z zachowaniem wiary w Boga i honoru.

Jednak dopiero te trzy wartości złączone w jedną myśl dają nam broń, jakiej żaden człowiek na świecie nie jest w stanie wyprodukować. To tarcza zwana patriotyzmem – duma z tego kim jestem i przekonanie, że posługuję się w życiu nadrzędną zasadą miłości bliźniego. Niezrozumiałe jest dla mnie negowanie i pomniejszanie tychże wartości, wstydzenie się ich czy wyszydzanie. Tym bardziej niepojęte jest, że niejednokrotnie wychowawcy i opiekunowie młodych osób milczą na temat patriotyzmu. Mówi się, że patriotyzm to obowiązek, podkreślałabym jednak, że to także przywilej – ogromne dobro, głębokie uczucie, do którego nie można nikogo przymusić, ale można go nauczyć. A uczyć najskuteczniej jest przykładem. Nasza obecność na uroczystościach patriotycznych i skorelowana z nią wiedza o historii i teraźniejszości naszego kraju to największy prezent jaki możemy włożyć w serca i umysły naszych wychowanków.

7. #kochaćtoznaczywymagać

Wielki Post to czas, który przez swój związek z postanowieniami odnosi nas do refleksji na temat wymagań i stawiania granic w wychowaniu młodego człowieka. W mnogości systemów pedagogicznych mamy możliwość wybrać od tych najbardziej surowych do pozbawionych reguł i jasnych zasad. Zdaje się jednak, że żadna skrajność – również w tym przypadku – nie jest właściwą ścieżką. Jak uwrażliwić dziecko na dobro i zło? Jak kształtować jego postawy i który system wychowania przyjąć, aby nie skrzywdzić młodego człowieka? Chrześcijański! Tylko co to znaczy…

W dobie „bezstresowego” wychowania stawianie jakichkolwiek wymagań traktowane jest niejednokrotnie jako niepotrzebne represjonowanie dziecka. Z drugiej jednak strony, każdy człowiek potrzebuje pewnych norm, zasad i wzorców zachowań, aby wykształcić poczucie bezpieczeństwa – konieczne do zrównoważonego rozwoju. Zatem, z punktu widzenia chrześcijańskiego modelu wychowania wyrażenia „bezstresowe” i „wychowanie” stoją wobec siebie w opozycji i sprzeczności. Wychowanie bowiem, to umacnianie mocnych stron, dojrzałych zachowań oraz przezwyciężanie lenistwa, naiwności, słabości i ignorancji. W myśl za tym kształtowanie właściwych postaw nie jest możliwe bez rezygnacji z doraźnych przyjemności. Każdy system pedagogiczny, który jest „miły”, który mówi o nagrodach, a pomija rolę kar i odpowiedzialności, jest także naiwny, a w dłuższej perspektywie błędny.

Idąc dalej, można powiedzieć śmiało, że dobrze wykorzystane cierpienie (i brak) to środek wychowawczy, który otwiera oczy i uczy odróżniać dobro od zła. Naszym zadaniem – zadaniem wychowawców – jest tak towarzyszyć dziecku, by bolesna informacja mogła stać się mobilizacją i punktem wyjścia w rozwoju ku dobremu.

Wychowanie chrześcijańskie oprócz miłości i personalizmu, które są fundamentami, wspiera się także na dostrzeganiu związków między błędem a konsekwencjami i co za tym idzie egzekwowaniu naturalnych konsekwencji popełnionych błędów. Każdą porażkę można przekuć w sukces – nie sztuczny, zakłamany, ale prawdziwy, bo każdy błąd może stać się pierwszym krokiem do nowych rozwiązań i nauki.

By jednak nie popaść w nadmierny rygoryzm, po środku trzymać nas powinna złota zasada wychowania chrześcijańskiego. Naszym zadaniem jest pomagać dziecku, by odkrywało, że nasz trud wychowawczy oraz jego praca nad samowychowaniem są zawsze motywowane Miłością.

Korygowanie błędów ortograficznych
to nie cenzura, ale ograniczanie ignorancji,
a sankcje za kłamstwa to nie łamanie wolności słowa,
lecz ograniczanie przewrotności.
/ks. Marek Dziewiecki, Kochać i wymagać. Pedagogia Ewangelii/

6. #szczęśliwawdzięczność

Rozmawiałam w minionym tygodniu z moimi dziećmi o sile modlitwy. Pytały dlaczego wydaje się nam czasami, że Bóg nie wysłuchuje naszych próśb, a wręcz mamy wrażenie, że wydarzenia w naszym życiu pogarszają się pomimo rozmów z Bogiem. Wreszcie dociekały też o teodyceę, której nie potrafiły jeszcze nazwać, ale przykłady mnożyły bez problemu. Próbowałam tłumaczyć im, że nie zawsze widzimy od razu sens Bożego działania, że nieszczęścia, które widzimy dziś, jutro mogą okazać się największą radością. Odwoływałam się do sensowności zła, dopuszczanego przez Boga, by potem mógł wyciągnąć z niego jeszcze większe dobro. Przywoływałam przykłady z życia świętych, którzy nie poddawali się w modlitwach i mimo przeciwności, mimo, że nie rozumieli Bożych zamysłów ufali Bogu.
I jaka była puenta naszych rozważań? Wniosek, który uczniowie sami sformułowali po kilkunastu minutach dyskusji, był dziecinnie prosty: „…bo my, proszę pani, chyba za dużo czasami prosimy i wymagamy od Pana Boga, a za mało dziękujemy za to, co już mamy.”

Eureka! Wdzięczność jest tym kluczem, wytrychem do rozumienia Boga, Jego działania w naszym życiu, a więc także napotykanych ludzi, którzy przecież są Jego narzędziami. Oczywiście, inni mają więcej, lepiej, szczęśliwiej – jest w nas pokusa, by tak usprawiedliwiać niewdzięczność.
„Z braku rodzi się lepsze…” – niemalże równo dwa lata temu usłyszałam te słowa z ust ks. Piotra Pawlukiewicza. I to nie oznacza, że muszę coś stracić, by było lepiej, że musi mi być wszystko odebrane. Ale jeśli uświadomię sobie swoje braki, to na ich tle lepiej będę mogła dostrzec to, co dobre, piękne i lepsze – to, za co Bogu powinnam podziękować. Szczęście to nie znaczy dużo mieć, ale być wdzięcznym za to, co się posiada i przeżywa.

Jeśli więc następnym razem będziesz myślał o tym czemu Bóg nie wysłuchał Twoich próśb, zastanów się najpierw czy zdążyłeś Mu podziękować za to, czym do tej pory Cię obdarował.

Za każdy dar łaski bądź wdzięczny, a większego staniesz się godny, bo wdzięczność za otrzymane łaski jest modlitwą o nowe.
Jeżeli nie dziękujesz, Bóg staje się skąpy. 

/św. Józef Sebastian Pelczar/

5. #trzeźwymokiem

23 września zakończył się Narodowy Kongres Trzeźwości, podczas którego dyskutowano o potrzebie abstynencji kobiet w ciąży, zakazie reklamy alkoholu, a przede wszystkim – o kwestii dla mnie najważniejszej – edukacji dzieci i młodzieży w zakresie kultury trzeźwości.

***

Trochę historii. Sama nigdy nie byłam wielbicielką alkoholu, a zwłaszcza mocnych trunków. Do dwudziestego roku życia nie piłam alkoholu wcale, a na studiach – o dziwo! – tylko okazjonalnie i w niewielkich ilościach. Za każdym razem godność wynosiłam na własnych nogach i miałam pełny obraz spotkania czy imprezy. Ale dopiero w tak zwanym dorosłym życiu zaczęłam zauważać, jak bardzo z tego powodu jestem odsuwana przez pijące towarzystwo, jak opornie przebiega nam integracja, a wreszcie ,po którymś spotkaniu z kolei nie jestem już zapraszana. Bo za dużo widzę, słyszę i pamiętam. Ostatnich kilka lat wyraźnie pokazało mi, że wciąż żywa jest presja picia alkoholu podczas różnorakich spotkań, a jego odmówienie traktowane jest nie tylko jako obraza gospodarza, ale przede wszystkim jako wyraźny znak, że nie chce się być jednością z grupą, bo chce się ich kontrolować. (Tak, trzeźwi są podświadomymi agentami ;)) O pytaniach o chorobę czy ciążę nawet nie wspominam, bo wraz z osławionym „ze mną się nie napijesz?” padają notorycznie. I właśnie ta presja utwierdziła mnie w decyzji o całkowitej abstynencji. Nie polepszyło to stosunku pijących do mnie, ale nie o to mi chodziło.
Odkąd uczę w szkole po prostu wydaje mi się, że moja abstynencja pomaga mi w utrzymaniu wiarygodności mojego przekazu. Zaczęło mnie już mierzić ciągłe powtarzanie za innymi, że alkohol jest dla ludzi, bo to zwykłe przyzwolenie na nieumiarkowanie. Dużo lepiej czuję się, gdy mówię uczniom, że bez alkoholu można żyć – i to jeszcze jak! Bo dla ludzi jest woda, ruch i zdrowe odżywianie.
Oczywiście nie mówię tym samym, że potępiam osoby, które wypijają kieliszek wina czy szklankę piwa w dobrym towarzystwie i poprzestają na zdrowym umiarze. Paracelsus mawiał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo to dawka decyduje o szkodliwości substancji. I to właśnie droga równowagi jest według mnie jak najbardziej naturalna, ale równocześnie obowiązkowa. To picie alkoholu z umiarem, w odpowiednich sytuacjach, dostosowane do wieku i stanu zdrowia – trzeźwość – jest konieczną normą, jakiej powinni podlegać wszyscy dorośli ludzie. Każde nadużycie jest od tej normy odejściem, a więc zachowaniem nienormalnym – mówiąc wprost.
Pamiętajmy, że dzieci i młodzież z naszego zdania: „można czasami napić się alkoholu, tylko trzeba wiedzieć ile i kiedy skończyć” najprawdopodobniej będą chcieli usłyszeć tylko pierwszą część zdania. To, co po przecinku będą uważać za zbędne zawracanie głowy. Edukacja w tym zakresie jest wyzwaniem i sama nie wiem w jaki sposób ją prowadzić, aby była skuteczna przy całym kalejdoskopie naszej polskiej tzw. „kultury picia” – kiedy alkohol jest na prawie każdej rodzinnej uroczystości, reklamowany zwłaszcza – o ironio – przy okazji sportowych wydarzeń, możliwy do kupienia w każdym sklepie, niejednokrotnie 24 godziny na dobę, a więc łatwiej dostępny niż chleb. Może właśnie tu potrzebne są przykłady, świadectwa, autorytety, które przez te bariery się przebiją.
W ukazywaniu młodym kultury trzeźwości mogą pomóc liczne programy i akcje, które ruszają z coraz większą siłą, nie tylko na gruncie kościelnym, ale także świeckim, a nawet ściśle związanym z branżą alkoholową.
Zob. Narodowy Program Trzeźwości: http://www.kongrestrzezwosci.pl/narodowy-program/
Akcja „Trzymaj pion”: http://trzymajpion.pl/

Tym razem nie próbuję dawać odpowiedzi. Zależy mi raczej na pobudzeniu myślenia, bo problem jest, a to, że jest poważny chyba coraz bardziej do większości z nas dociera.
Dziś Niedziela Modlitw o Trzeźwość. Modlitwa zdziałać może cuda, może też dodać nam wszystkim – odpowiedzialnym na wychowanie – mądrości w kierowaniu życiem swoim i naszych wychowanków.
Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę. (1 Kor 6, 12)

4. #niezagadajDobra

Nauczyciele kojarzą się z tym, że dużo mówią i faktycznie ich życie opiera się na ciągłych monologach, dyskusjach i rozmowach. Proces nauczania jest bezsprzecznie sprzężony z mową, ze słowem. I nikt nie wyobraża sobie, że mogłoby być inaczej.  Wiedzą o tym najlepiej osoby, które z powodu chociażby infekcji doświadczyły nadwyrężenia głosu lub nawet go straciły. Wówczas praca nauczyciela staje się niesamowicie utrudniona, a wręcz niemożliwa. Komunikaty pisane na tablicy nie zawsze spotykają się z zamierzonym efektem.

Inaczej sprawa się miewa jeśli chodzi o nauczycieli religii – katechetów. Papież Franciszek zachęcał: „Nieustannie ewangelizujcie, jeśli trzeba, słowami”. A zatem jako nauczyciel religii muszę/powinnam ŻYĆ, a dopiero w drugiej kolejności mówić. Od starożytności wiadomo, że słowa uczą, ale to przykłady pociągają. Mogę pięknie mówić o Jezusie i być tytułowanym teologiem, ale jeśli nie potrafię żyć Jezusem, to próżne moje mówienie. Mogę przekazać wiedzę katechizmową i zasady funkcjonowania Kościoła, ale na suchym przekazie nie zbuduję fundamentów niczyjej wiary, ani jej nie rozwinę. Za to jest prawdopodobne, że wśród moich odbiorców zostawię obraz religii chrześcijańskiej jako połączenia kazuistyki i skansenu rytów liturgicznych.
Ewangelizować oznacza być w Kościele i żyć tym, co w tym Kościele się dzieje. Ewangelizować to znaczy postawić Boga w centrum swojego działania i nie przegadać Go. Ewangelizować wreszcie to być pozytywnym, otwartym człowiekiem, który na pytanie: „hej, skąd u ciebie tyle energii?” może odpowiedzieć: „bo jestem chrześcijaninem”.

Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo – zatracenia ortodoksyjnej nauki Kościoła. Ważne jest, by to nasze życie było faktycznie Boże i nieskażone własnym wyobrażeniem na temat właściwej drogi do zbawienia. Co więcej to istotne, by ewangelizowanie poprzez życie było pewnego rodzaju „czystą formą”, bez kliszy naszych przyzwyczajeń i osobistych form pobożności. Nie jest naszym zadaniem – jak mówi ksiądz Piotr Tomasik, UKSW – pokazywanie uczniom/innym ludziom kapliczki własnej duchowości, ale raczej, gdy pytają, wskazywanie im, że naszym prawdziwym mieszkaniem jest Kościół.

To wszystko nie dotyczy jednak tylko osób ewangelizujących, ale wszystkich, którzy chcą robić Dobro, tak, by najpierw byli wzorem do naśladowania, a dopiero w drugiej kolejności mówcą – jak Jezus. (Bierzmy przykład z Najlepszych!)

Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie».
Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. 
(J 1, 38-39)